OPOWIADANIE NA KWIECIEŃ

Kwiecień 1967r, Łódź
Akademik
Głowa opada jej na stos rozłożonych książek, podnosi ją pośpiesznie i znów zaczyna czytać.
„Achondroplazja, chondrodystrofia – genetycznie uwarunkowana, wrodzona choroba (o dziedziczeniu
autosomalnym dominującym) prowadząca do nieprawidłowego kostnienia śródchrzęstnego…”. Nie
ma szans, nie da rady zapamiętać nazw tych wszystkich chorób, objawów i substancji chemicznych.
Tyle, że musi… Nie ma innego wyjścia.
Rozlega się pukanie do drzwi i po paru sekundach do pokoju wchodzi pani Gienia z recepcji.
– Zastałam panią Krysię? – pyta niezbyt inteligentnie, bo w pokoju znajduje się tylko jedna dziewczyna
– w takim razie proszę do telefonu, jakiś pan dzwoni.
Krysia zbiera się pospiesznie, bo jest tylko jeden pan, który mógłby chcieć do niej dzwonić i co więcej
jest to jedyny pan, z którego telefonu bardzo by się ucieszyła. W połowie schodów wyprzedza
potężną panią Gienię i w dwóch skokach dobiega do telefonu.
– Halo?
– To ty, Krysiu? – pyta niezbyt wyraźny głos w słuchawce.
– To ja, mężu – odpowiada i czuje jak uśmiech rozkwita jej na twarzy.
– Słuchaj…, muszę ci powiedzieć coś bardzo ważnego – przez chwilę panuje cisza – nie stresuj się za
bardzo, ale zdarzył się wypadek…
– Wypadek?! – oczywiście nie ma mowy, żeby młoda kobieta była spokojna – Coś ci się stało? Z Anielą
wszystko w porządku?
– Ze mną w porządku, to właśnie Anielce zdarzył się ten wypadek…
– O Boże! – wykrzykuje młoda kobieta i natychmiast napotyka groźny wzrok recepcjonistki, o 23 w
akademiku nie wolno wykrzykiwać.
– Usypiałem Anielkę w wózeczku i, gdy wróciłem do domu po kocyk… Nie wiem, jak to się stało, ale
wypadła z wózka! Zabraliśmy ją oczywiście do szpitala. Okazało się, że ma wstrząs mózgu, mówią, że
szybko z tego wyjdzie, ale bardzo się martwię…
Z ust młodej matki wydobywa się jęk rozpaczy i po raz kolejny w tym semestrze żałuje, że wybrała
edukację zamiast 24-godzinnej opieki nad małą córeczką.
– Mam egzamin z samego rana, ale postaram się przyjechać zaraz po nim.
– Przyjedziesz? Wiesz, mógłbym się nią zająć sam, przecież masz teraz sesję na głowie – mimo drugiej
części zdania, w jego głosie wyraźnie słychać nadzieję.
– Przyjadę, jak mogłabym nie przyjechać. Opiekuj się nią dobrze, Zbyszku…
Podczas rozmowy telefonicznej pozostałe lokatorki zdążyły wrócić do pokoju. Lidzia bez słowa
obejmuje Krysię, a jej mina wyraźnie mówi, że chętnie posłuchałaby opowieści o niedobrym i
niewiernym mężu. Zbyszek nie jest niewierny i Krysia powtarzała jej to tysiąc razy, ale Lidzia wciąż nie
wierzy.
– Anielka wypadła z wózka i ma wstrząs mózgu – wyrzuca z siebie przez łzy.
W pokoju zapada cisza, bo wszystkie trzy studentki medycyny doskonale wiedzą, co może wyniknąć
ze wstrząsu mózgu u siedmiomiesięcznego niemowlęcia.
– Tak to jest zostawić dziecko z mężczyzną, oni na niczym się nie znają… – Lidzia szybko orientuje się,
że to nie jest czas na jej feministyczne przemowy, więc taktownie milknie.
– Wiesz – z kąta pokoju odzywa się trzecia dziewczyna, co jest dość niezwykłe, bo odzywa się tylko
wtedy, gdy naprawdę musi – jedziemy jutro z Leszkiem do Kielc, wyjeżdżamy zaraz po egzaminie,
mogłabyś jechać z nami.
Egzamin? Krysia stara się uśmiechnąć, ale na jej twarzy wykwita jedynie dziwny grymas. Gdzieś
pomiędzy słowami wypadek a Anielka zupełnie zapomniała o egzaminie. Mnóstwo rzeczy jest jeszcze
niepowtórzonych, wie jednak, że matczyne serce nie pozwoli jej na luksus nauki. Kiwa głową w stronę
trzeciej lokatorki i czuje zalewającą ją falę wdzięczności, zdecydowanie woli jechać ciepłym
samochodem, niż stać osiem godzin w zatłoczonym pociągu.

Egzamin zaczyna się o 9:00. O 8:30 wszyscy wiedzą już o wypadku, który przydarzył się małej Anielce.
Gdy nadchodzi Krysia zapada natychmiastowa cisza. Tłum studentów rozstępuje się, by mogła wejść
jako pierwsza. Przyjmuje to z wdzięcznością. O 9:00 otwierają się drzwi i staje w nich wąsaty profesor,
on również patrzy na Krysię ze współczuciem. Pytań jest tylko kilka, jak na trudność materiału są
zupełnie przyzwoite, więc dziewczyna bez problemu na nie odpowiada. Potem roztrzęsiona, otoczona
gromadą współczujących kolegów czeka przed salą na współlokatorkę, której imienia szczerze
mówiąc nie pamięta.
Wychodzą pod rękę przed budynek i skręcają w wąską uliczkę. Współlokatorka wskazuje na stary
porysowany samochód i każe chwilkę zaczekać. Przez chwilę rozmawia z kierowcą, po czym wskazuje
na tylne siedzenie syrenki.
– Dzień dobry – Krysia słabym głosem wita się z kierowcą – dziękuję bardzo, że mogę z wami jechać…
Chłopak nie odpowiada, zamiast tego wkłada kasetę do radia i gdy tylko odzywają się pierwsze
dźwięki piosenki daje muzykę na pełen regulator.
– Musiałabyś mówić głośniej – koleżanka wychyla się z przedniego siedzenia – Leszek słabo słyszy.
Krysia nic nie mówi, ale ma szczerą nadzieję, że pomimo wady słuchu chłopak jest dobrym kierowcą.
Muzyka ryczy z głośników, gdy wyjeżdżają z Łodzi. Dziewczyna stara się zatkać jakoś uszy, owinąć
głowę chustą, nie cierpi głośnej muzyki, a takiego rodzaju muzyki nie znosi nawet, gdy jest cicha. Z
kieszeni wyjmuje różaniec, zdrowaśka za zdrowaśką uspokaja się powoli. Powikłania mogące
wyniknąć ze wstrząsu mózgu ulatują jej z pamięci i jest coraz lepszej myśli. Jedzie przecież do
córeczki, spędzi z nią trochę czasu, zaopiekuje się, jest w końcu studentką medycyny. Głowa opada jej
lekko, oddech staje się rytmiczny, coś jej się śni. Widzi Zbysia, uśmiechniętą Anielkę, zielone liście na
drzewach.
TRACH. Dźwięk gwałtownie wyrywa ją ze snu.
– Co to?!
– Spokojnie – współlokatorka kręci uspokajająco głową – to stary samochód, czasem wydaje takie
dźwięki. To przecież zupełnie normalne.
Krysia ma spore wątpliwości, czy to zupełnie normalne…
– A twój chłopak wie, że on wydaje takie dźwięki?
– Raczej nie, przecież niedosłyszy.
Dziewczynie robi się słabo, pusty żołądek dziwnie przewraca się w brzuchu. A więc jedzie ratować
córkę zepsutym samochodem, który prowadzi głuchy mężczyzna. Pogoda też nie jest najlepsza. Gdy
zasypiała świeciło słońce, teraz jednak świat zasnuty jest lekką mgłą – mgłą, która wygląda, jakby
miała zamiar zgęstnieć. Z minuty na minutę robi się coraz ciemniej, co chwilę pojawiają się kolejne
dźwięki dobiegające z samochodu. W końcu współlokatorka też zaczyna się niepokoić. Przycisza
ryczącą z głośników muzykę i przechyla się w kierunku Leszka.
– K o c h a n i e, s ł y s z y s z t e d z i w n e d ź w i ę k i?
Mężczyzna nie reaguje, spod maski dobiega kolejny chrzęst.
– KOCHANIE!!!!
Samochodem gwałtownie zarzuca i Krysia czuje, jak koła auta natrafiają na pustkę. Leci gwałtownie w
bok i uderza barkiem o drzwi. Wszystko zastyga, panuje całkowita cisza, oprócz bolącego ramienia nic
jej nie dolega. Pierwszy otrząsa się mężczyzna.
– I po co tak krzyczałaś?! – patrzy na dziewczynę z wyrzutem – Przez ciebie wpadliśmy do rowu.

Po dwóch godzinach Krysia zna na pamięć połowę piosenek z kasety i nie ma już ani jednej kanapki.
W ciągu całego tego czasu obok nich przejechał tylko jeden samochód, ale jego kierowca wyraźnie
nie miał ochoty zatrzymać się i pomóc. Chłopak współlokatorki jest obrażony i nie ma najmniejszej
ochoty szukać pomocy, lokatorka co prawda chciała to zrobić, ale Krysia posłała jej błagalne
spojrzenie – nie miała najmniejszej ochoty zostawać w samochodzie z mrukliwym mężczyzną. Znów
wyciąga różaniec i tym razem odmawia go w intencji uzyskania pomocy. Jest już przy drugiej tajemnicy, gdy zatrzymuje się przy nich elegancki volksvagen. Kierowca uchyla szybę i dziewczyna
wzdycha z niedowierzaniem widząc ciepłą twarz swojego teścia.
– Tato?
– Krysia?
Wszyscy wysiadają z samochodów, podwijają rękawy i z niemałym trudem wypychają syrenkę z rowu.
Spod maski dobiega dziwny chrzęst, ale Krysi już to nie obchodzi, już nie ma zamiaru tam wsiadać.
Dziękuje koleżance, po czym z ulgą siada w samochodzie teścia. Auto jedzie prawie bezszelestnie, z
radia cicho sączy się muzyka klasyczna.
– Tato, co z Anielką? Lepiej z nią troszkę?
– Z Anielką? – mężczyzna unosi lekko brwi – A co by miało z nią być?
– Dzwonił Zbyszek, mówił, że był wypadek, że wypadła z wózka i, że…
– No, no, no, nie wiem, co też Zbyszek miał na myśli, ale zapewniam cię, że cały wczorajszy dzień
Anielka była pod opieką moją i mamy, i z pewnością znikąd nie wypadła.
– Nie wypadła?
– Nawet nie była w wózku, bo deszcz padał cały dzień…
Coś tu się zdecydowanie nie zgadza, Krysia wytrzeszcza oczy ze zdziwienia i czuje, że w głowie
pojawiają jej się setki pytań. Przypomina sobie słowa Lidzi o okropnych mężczyznach, ale natychmiast
wyrzuca je z głowy. Nie, to absolutnie niemożliwe – mówi sobie – musiałam coś źle zrozumieć, może
wyraził się niejasno, może stało się coś innego, może, gdy odebrał ją już od dziadków, może… Tak, to
musiało stać się potem, w końcu dzwonił późnym wieczorem.
Gdy zajeżdżają pod dom, wargi ma już całkowicie pogryzione ze zdenerwowania. Kiwa teściowi głową
na pożegnanie i biegnie w kierunku drzwi wejściowych. Dzwoni raz, drugi, trzeci… W końcu drzwi
otwierają się i staje w nich Zbyszek.
– Zbyszku, co z Anielką, gdzie ona jest?
Mąż przyciąga ją do siebie ze wszystkich sił i szepcze jej do ucha.
– Z Anielką wszystko dobrze, wypadku nie było, ale przecież musiałem cię jakoś ściągnąć do domu. Umarłbym z tęsknoty!

Autor: Julia Stempek

Dodał epolish w dniu 20-04-2019 · Opublikowano w kategorii Opowiadanie na każdy miesiąc
Udostępnij ten post
RSS
Follow by Email
Facebook
Google+
https://e-polish.eu/blog/opowiadanie-na-kwiecien">
Twitter
Powiązane wpisy
Do pokoju przez uchylone okno wpada lodowate, nocne powietrze. Otwieram oczy i  przez chwilę nie
Wyjrzał przez okno i zmarszczył brwi. Przed niewielkim osiedlem domków jednorodzinnych przy niskim ogrodzeniu po
Pamiętam, gdy jako dziecko chodziłam ulicą Łobzowską - było tam takie miejsce, przy którym zawsze

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *