OPOWIADANIE NA LISTOPAD

Był zimny, mglisty wieczór. Malutkie kropelki wody zawieszone w powietrzu wnikały w każdą szczelinę ubrania, dając złudne wrażenie deszczu. Zadrżał lekko i przyspieszył kroku. Chciał jak najszybciej dotrzeć do domu, zjeść ciepły obiad, przykryć się puszystym kocem i obejrzeć kolejny odcinek Black Mirror. Przechodził właśnie koło cmentarza. Odruchowo wziął głębszy oddech, aby choć przez chwilę poczuć kojący zapach topionego wosku. Przy bramie zatrzymał się niezdecydowany. Zawsze miał problem z przejściem obojętnie. Wiedział, że powinien wejść, nigdy jednak nie mógł się zdecydować. Był grób, na który powinien iść, a na który iść nie chciał. Przez chwilę walczył sam ze sobą. Wiedział, że musi podjąć decyzję szybko. Niechętnie odsunął od siebie wizję dziewczyny czekającej na niego z obiadem i wszedł na cmentarz.
Choć nie był tam od tak dawna, doskonale pamiętał drogę. Wyryła się w jego głowie, gdy szedł nią po raz pierwszy, jako obdarty ze złudnych nadziei nastolatek. Tym razem szedł szybciej, pewniej, a jednak w środku towarzyszył mu ten sam niepokój. Skręcił w ciemną alejkę i skierował się do ostatniego grobu. Nagrobek był mały, z czarnego, eleganckiego kamienia. Na płycie tliło się mnóstwo świeczek, więdły pozostawione niedawno kwiaty. Usiadł na zimnej, mokrej ławeczce. Siedział w ciszy starając się walczyć z napływającymi coraz szybciej wspomnieniami. Przez przypadek zerknął na fotografię. Poczuł nagły skurcz w klatce piersiowej. Chciał coś powiedzieć, nie umiał jednak wydobyć z siebie głosu.


Inhalował się chłodnym, cmentarnym powietrzem, z każdą chwilą ucisk w klatce piersiowej narastał. Nie mógł tam zostać. Podniósł się z ławeczki i odwrócił na pięcie. Po co w ogóle przychodził, na co to? Na końcu alejki z mroku wyłoniła się mała postać. Szła powoli w jego kierunku, było coś znajomego w jej sposobie poruszania się. Spojrzał na nią uważnie, była jednak zbyt ciasno owinięta kolorowym szalikiem, by mógł cokolwiek zobaczyć. Nie zdając sobie z tego sprawy, czekał na nią. Nie spieszyła się. Gdy podeszła już całkiem blisko stanęła i spojrzała mu w oczy.
-A więc jesteś… – stwierdziła cichym, spokojnym tonem.
Żal, smutek, rozpacz, czułość, zwątpienie, niedowierzanie… Opanował drżenie rąk, jednak lekkiej wibracji w głosie nie zdołał powstrzymać
– Jestem.
-Idziesz już?
Powiedz „tak”, to wcale nie jest aż tak trudne.
-Nie wiem, Madziu…
Zacisnął zmarznięte dłonie w pięści. Kobieta spojrzała mu badawczo w oczy.
– A jednak z jakiegoś powodu przyszedłeś.
Nie odpowiedział. Stali w milczeniu, nie wiedząc jak przedłużyć spotkanie.
– Pamiętasz…?
-Magda, proszę…  – tak bardzo nie chciał wracać do przeszłości. Udała, że nie słyszy.
– Pamiętasz, jak w piątkowe wieczory chodziliśmy na piwo?
Wciąż nie odpowiadał.
– Jest piątek, jest wieczór…
Nie zareagował. Położyła mu rękę na ramieniu.
– Idziemy na piwo.
Chciałby móc powiedzieć, że się zawahał, że przyszło mu do głowy, że nie powinien. Nic takiego się jednak nie stało. Bez wahania ruszył za nią. Szła szybko, liście szeleściły pod jej stopami. Dopiero, gdy doszli do Ronda Mogilskiego odważył się odezwać.
– Możemy zatrzymać się na chwilę? – zapytał ostrożnie. Usiedli na zmurszałych deskach okrywających czerwone cegły.
– Siedzieliśmy tu już kiedyś… – mruknął.
Siedzieliśmy i śpiewaliśmy… – zadrżała – on też tu był…
– Wszystko okay? – zapytał przysuwając się bliżej.
– Tak, to tylko zimno – okryła się szczelniej płaszczem – miał gitarę, też było zimno.
Nie chciał o tym myśleć, tak bardzo nie chciał o tym pamiętać, odsunął się.
– Możemy stąd iść? – poprosił.

Powoli podnieśli się i ruszyli dalej. Znów w ciszy. Tym razem była to cisza wyhaftowana nicią jakiegoś cichego porozumienia. Szli bliżej siebie, co jakiś czas potrącając się ramionami. Nie ustalili dokąd idą na piwo, oboje kierowani wspomnieniami doskonale wiedzieli dokąd. Przechodzili przez rynek. W mroku i mgle krzątali się zapracowani ludzie budujący kramy na jarmark świąteczny. Gdzieś w powietrzu unosiły się nieśmiałe tony piosenki „Have yourself a merry Little Christmas”. Prychnął lekko poirytowany.
– Nie lubisz świąt?
– Nie lubię świąt miesiąc przed świętami.
-Kiedyś lubiłeś… – nie odpowiedział na zaczepkę – gdy tylko otwierali jarmark zbieraliście od całej klasy zamówienia na golonkę.
– Ty nigdy nie chciałaś golonki, zawsze prosiłaś o pierniczki – przypomniał sobie niechętnie.
– Ty też zjadałeś te pierniczki, tylko on nie chciał…


Znów cisza. W całkowitym milczeniu dotarli do Ambasady Śledzia. Z lokalu biło ciepło i przyjemne, miękkie światło. Wybrał miejsce w kącie, nie chciał, żeby widziała jego wypieki i lekko łzawiące oczy. Zdjęła czapkę i szalik. Po raz pierwszy od ukończenia liceum zobaczył jej twarz. Była poważniejsza. Jej długie włosy były teraz krótką fryzurką, nie sięgającą nawet do ramion. Nie odstawał żaden rudy loczek. Mocne brwi, które za czasów licealnych nadawały wyrazistości jej twarzy były teraz idealnymi łukami. Zarumieniła się pod wpływem jego lustrującego spojrzenia.
– Nie myśl sobie, ty też się zmieniłeś.
Nawet nie wiesz jak bardzo – chciał powiedzieć, stwierdził jednak, że bezpieczniej będzie milczeć.
– Pójdę zamówić – westchnęła – co dla ciebie?
– To, co zawsze.
Wróciła po paru minutach niosąc trzy kufle piwa.
– Dlaczego trzy? – zapytał, choć wiedział, że nie chce znać odpowiedzi.
– Z przyzwyczajenia – postawiła piwo przy wolnym krześle. Czuł, że zaraz nie wytrzyma.
– Może chcesz jeszcze postawić jego zdjęcie?! Do cholery, nie krępuj się!
W jej wielkich, błękitnych oczach pojawiły się łzy.
– Przepraszam – powiedział ciszej – to chyba po prostu za dużo jak dla mnie.
– Dlatego żyjesz tak, jakby go nigdy nie było?!
Wiedziony nagłym przypływem gniewu chciał wstać i odejść, jednak ona złapała go za rękę. Spiął wszystkie mięśnie pod wpływem jej dotyku.
– Ty z kolei żyjesz tylko wspomnieniami – wycedził przez zęby.
Wciąż ściskali swoje dłonie nieświadomi tego faktu, mierzyli się wściekłymi spojrzeniami. W końcu odpuścił, złość wyparowała, pozostał tylko żal i gorycz.
– Dlaczego tak mocno trzymasz się tych wspomnień? – zapytał ze spokojem w głosie.
– Bo przypominają mi o tym, że kiedyś byłam szczęśliwa – odpowiedziała beznamiętnie. Spojrzał na nią zdziwiony. W elegancko skrojonej marynarce wyglądała na kobietę sukcesu.
– Teraz nie jesteś szczęśliwa?
Pokręciła głową, jeden malutki loczek wysunął się jej zza ucha.
-A ty jesteś?
Nie spodziewał się tego pytania.
Chciał odpowiedzieć, że bardzo. Nagle jednak eleganckie mieszkanie przestało mu się wydawać prawdziwym domem.
– Chyba powinienem być…
– Masz przyjaciół?
– Tak – pomyślał o kolegach z pracy.
– Ale prawdziwych przyjaciół? Takich jak my byliśmy?
– Nie – nie musiał się zastanawiać nad odpowiedzią.
Siedzieli w pełnej zrozumienia ciszy.
– W ciągu tych trzech lat liceum poznałam prawdziwy świat, prawdziwe uczucia… – była sfrustrowana.
– Jedyny raz w życiu byłam naprawdę szczęśliwa, a potem on umarł, tak po prostu… – przestała panować nad swoim głosem – umarł tak po prostu…
Coraz więcej ludzi spoglądało w ich kierunku.
– Ciiii, nie bądź smutna – niezdarnie spróbował ją objąć ramieniem. Wyrwała się z jego uścisku i spojrzała na niego dziwnie.
– Smutna?! Nie jestem smutna, jestem wściekła!
Chciał ją uciszyć, ona nie pozwoliła jednak na to, strząsnęła jego dużą dłoń ze swojej.
– Jestem wściekła, bardzo wściekła, na ciebie…
– Na mnie? – nie zrozumiał – Przecież to nie ja umarłem…
– Owszem, nie umarłeś, odszedłeś, zostawiłeś mnie samą, ze smutkiem i bólem.
– Madziu, ja nie umiałem inaczej…
– Wiem, widzę, nawet teraz nie umiesz – powiedziała już ciszej.
– Chciałbym umieć – poczuł, jak pod powiekami gromadzą mu się łzy – naprawdę chciałbym.
– Musiałbyś umieć zacząć rozmawiać o tym, co cię boli.
Parsknął szorstkim, nieprzyjemnym śmiechem.
– Chyba zbyt dużo mnie boli.
Jej obecność też go bolała, budziła ból starych nadziei.
– Byłem pewien, że będziemy razem, gdy skończymy liceum.
Spojrzała mu w oczy z dziwnym uśmiechem. Coś się w nim poruszyło, jakiś cień przesłonił radość codzienności. Małe ziarno nadziei.
– Pewnie bylibyśmy, gdyby nie jego śmierć.
– Tak…? –zawahała się  – a co to zmieniło pomiędzy nami?
Widział, że ze wszystkich sił starała się zachować spokój. Wziął głęboki oddech, nie był pewny jak to wytłumaczyć.
– Wiesz, to tak jakbyś za każdym razem, gdy patrzysz na czekoladę,  była traktowana elektrowstrząsami, po jakimś czasie przestałabyś jej pragnąć.
– Ja…
Zadzwonił telefon. Jego ostry dźwięk nieprzyjemnie zazgrzytał w ciszy.
– Przepraszam, muszę odebrać – spojrzał na nią przelotnie – halo? – starał się powstrzymać drżenie głosu.
– Kochanie, gdzie jesteś? Za ile będziesz? – zabrzmiał czuły, a teraz tak obcy głos w słuchawce.

Nie umiał odpowiedzieć.

 

Autor: Julia Stempek

Dodał epolish w dniu 30-11-2018 · Opublikowano w kategorii Opowiadania
Udostępnij ten post
RSS
Follow by Email
Facebook
Google+
https://e-polish.eu/blog/opowiadanie-na-listopad">
Twitter
Powiązane wpisy
Początkiem listopada naprawdę warto być w Polsce i doświadczyć pięknej tradycji związanej z Dniem Wszystkich
Siedział w parku i patrzył na dziobiące ziarna gołębie. Nie lubił ich, naprawdę go brzydziły.
Kwiecień 1967r, Łódź Akademik Głowa opada jej na stos rozłożonych książek, podnosi ją pośpiesznie i

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *