Parę wspomnień o Klarze

Cały pokój wypełniają pudła. Jest ich kilkanaście, może więcej, wszystkie w wyblakłym brązowym kolorze, wszystkie otwarte, wyczekujące. Większość z nich jest pusta, tylko w niektórych znajdują się pojedyncze rzeczy. Z parapetu z cichym tąpnięciem zeskakuje kot. Przechadza się pomiędzy kartonami, ociera się o nie, na każdym zostawiając odrobinę kociego zapachu. Dokonawszy obchodu pokoju wskakuje na łóżko i usadawia się na klatce piersiowej śpiącej dziewczyny. Dziewczyna porusza się delikatnie, mruczy coś pod nosem, spod kołdry wysuwa się mała stopa z pomalowanymi na różowo paznokciami. Koty uwielbiają stopy wysuwające się spod kołdry.

Włochata bestia zamknięta na balkonie wściekle drapie w szybę. Dziewczyna z zainteresowaniem spogląda na pogryzioną stopę – już dawno powinna się nauczyć spać w skarpetkach. Normalnie nie pozwoliłaby Kudłaczowi drapać w szybę, ale to nie jest normalny dzień. Nie ma żadnego powodu, by troszczyć się o szybę. Jutro to nawet nie będzie już jej szyba, to nie będzie jej balkon, ani jej mieszkanie. Przez okno wpada ciepłe zimowe światło, w kartonie stojącym najbliżej drzwi tyka cicho zegar. Dzwoni telefon, polonez A dur wypełnia całe mieszkanie.
– Emilka, spakowałaś już rzeczy? Mógłbym po nie podjechać za godzinę, gdyby ci pasowało.
Nie odpowiada, bierze głęboki oddech, otwiera usta, ale nie wychodzi spomiędzy nich żaden dźwięk.
– Emilka? Znów Ci się to dzieje? Potrzebujesz pomocy, przyjechać?
Pewnie mogłaby mu odpowiedzieć, pewnie nawet nie musiałaby zbierać całej swojej siły. A jednak przyjemnie jest nie móc nic odpowiedzieć, całkowicie poddać się emocjom.
– Wiem, że tam jesteś, spokojnie. Napisz mi SMS, czy mam przyjechać. Jesteś silniejsza niż myślisz.
Pisanie słów jest prostsze, mimo wszystko ogranicza się do zwykłego „Nie”, na „dziękuję” nie starcza jej siły.

Z szafy wypada skarpetka, jest dość duża, żółta w różowe pączki. Od dwóch tygodni nie ma pary. Emilka podnosi ją i mocno ściska w pięści. Powinna ją wyrzucić, pozbyć się jej wraz ze sportową czapeczką, podartym T-shirtem i wieloma innymi rzeczami… Starannie układa ją na dnie kartonu. Innych ubrań nie składa, wrzuca do pudła kłębiące się koszulki, pomięte koszule, jeansy. Ubrania łatwo jest spakować. Z sukienki, w której ją poznała dawno już wyrosła, w czasie ich znajomości zdążyła ze cztery razy zmienić całą garderobę. Ubrania nie niosą ze sobą wspomnień, są nijakie, losowo dobierane, zawsze pachnące tym samym płynem do prania. Tylko, że ubrań jest mało, zostało mnóstwo innych rzeczy do spakowania, a każda z tych rzeczy niesie wspomnienia. Zakleja karton różową taśmą klejącą, nierównym pismem pisze „ubrania”. Z malutkiego drzewka na parapecie opada liść, Emilka podlewa je obficie z różowej konewki, ale wie, że jest za późno, nie można uratować czegoś, o co się nie dbało. A ona nie umie o nic dbać. Całe jej staranie to momenty zapału pośród zniechęcenia, zapomnienia…

Wszystkie książki stoją starannie ustawione na półkach. Nie ruszała ich od dnia przedświątecznych porządków. Klara obudziła ją wtedy z samego rana. Stała nad nią w dresach, spiętych włosach i ze ściereczką w dłoni. Gdy Emilka przekręciła się na bok, stanowczo zerwała z niej kołdrę. Powiedziała, że muszą koniecznie posprzątać całe mieszkanie, bo przyjeżdża jej Maciek, a on nie znosi bałaganu. Emilka nigdy nie cierpiała sprzątać, z miną męczennika siedziała na wersalce i patrzyła jak Klara ściera kurze.
– No nie siedź tak – Klara spojrzała na nią z wyrzutem – wiem, że to nie twoja ulubiona forma, ale jednak forma spędzania razem czasu…
Emilka wstała niechętnie. To prawda, że nie spędzały razem za dużo czasu. Ciągle coś było, ktoś je odwiedzał, uczyły się, wychodziły na imprezy. Na początku, gdy postanowiły wyprowadzić się z domów i zamieszkać w „studenckim mieszkaniu” całe dnie spędzały razem. Razem się malowały, Emilka czesała długie włosy przyjaciółki w warkocze, Klara szykowała śniadania, po zajęciach gotowały razem obiady, wychodziły biegać do parku, oglądały filmy….
Zaczęły sprzątać, Klara z poważną miną ścierała kurze i układała książki. Emilka zbierała swoje rzeczy porozrzucane po całym mieszkaniu.
– Może nie musimy tego robić? Zabierzemy Maćka do restauracji gdzieś w centrum?
– I zostawimy wszystko porozkładane na środku? – zmarszczyła brwi.
– To brzmi jak niezły plan – roześmiała się – nawet najtańszy obiad na mieście będzie lepszy niż nasze warzywa z patelni…
– Wiesz, że jeśli nie damy ich Maćkowi to będziemy musiały same to zjeść?

Telefon zadzwonił w momencie, gdy siedziały nad Wisłą i zajadały się kurczaczkami z KFC. Maćkowi coś wypadło, nie będzie mógł przyjechać. Klara posmutniała, przycichła, owinęła się szczelniej szalem. Zawiał chłodny wiatr. Gwar głosów powoli zamierał, ciszę co jakiś czas rozdzierał ryk smoka Wawelskiego. Klara oparła głowę na jej ramieniu.
– Dotarło do mnie coś strasznego – zadrżała lekko – oprócz ciebie i Maćka nie mam tak naprawdę nikogo bliskiego.
Emilka objęła ją mocno, wtuliła nos w pachnące brzoskwiniowym szamponem włosy.
– To prawda, może masz tylko dwie osoby – w oczach zapiekły ją łzy, wzięła głęboki oddech – ale masz dwie osoby, które Cię kochają i które nigdy Cię nie zostawią, a to więcej niż ma przeciętny człowiek.
To był ostatni dobry dzień.

Książki powoli lądują na dnie pudła. W przeciwieństwie do ubrań są układane starannie, alfabetycznie. Jest ich mało, nie wypełniają nawet połowy kartonu, większość książek należało do Klary. Były stare pełne uwag, napisów, zakreśleń, miały pozaginane strony, były wypełnione jej osobą. Emilka ma tylko podręczniki, lektury szkolne i te które dostała w prezencie, większości z nich nigdy nie przeczytała. Co roku mówiła Klarze, że nie chce żadnej kolejnej, bo i tak nie przeczyta. Jest ich dziesięć, dziesięć książek na dziesięć kolejnych urodzin, przez dziesięć lat ich przyjaźni. Karton z książkami zostaje zaklejony różową taśmą klejącą. Obok podpisu widać dwa mokre ślady łez. Najtrudniejsze do spakowania są kubki. Trzeba być bardzo ostrożnym, układać je w odpowiedni sposób, owijać gazetą, wpychać watę. Najtrudniejsze jest nieczytanie napisów, niepatrzenie na brązowe obwódki po herbacie. Emilka nigdy nie pija herbaty, potrafi za to wypić pięć kaw dziennie. Ziarna kupuje w małych eleganckich sklepikach, gdzie uśmiechnięte panie bez zająknięcia proszą o ogromne sumy za malutkie torebki kawy. Próbowała zarazić tą miłością przyjaciółkę, próbowała też sama pokochać herbatę. Nigdy się jej nie udało. W tamten dzień piła kawę z nowej edycji smaków świątecznych, z radia sączyły się resztki kolęd przeplatane z nowymi hitami. Emilka kiwała głową w rytm muzyki, uśmiechała się pod nosem myśląc o pierwszym zaliczonym egzaminie. Minęło parę minut, zanim zauważyła, że Klara wróciła. Zawołała ją radośnie, ale przyjaciółka nie zareagowała. W pierwszym momencie nie zorientowała się, że coś jest nie tak, dopiero po chwili postanowiła sprawdzić, co się dzieje. Klara zdawała się taka malutka na ogromnym łóżku. Całe jej ciało trzęsło się od płaczu, głowę miała schowaną w poduszkę. Emilka zamarła w progu, Klara nigdy nie płakała.

Tamtego wieczoru Klara powiedziała jej, że rozstała się Maćkiem, nie powiedziała dlaczego. Emilka nie pytała, czekała aż przyjaciółka sama jej powie, czekała przez parę dni, nie pytała o nic. Dała je przestrzeń, czas na przemyślenie, czas na zebranie się w sobie. Nie chciała jej poganiać, wyciągać na siłę informacji. Klara nie poruszała tematu, coraz mniej się odzywała, coraz częściej mówiła, że chce zostać sama. Emilka nie mogła znieść atmosfery w mieszkaniu, każde zaproszenie, każde spotkanie, każdą okazję do wyjścia przyjmowała z wdzięcznością, coraz mniej rozmawiały. Wydawało się jej, że to chwilowe, że gdy smutek zostanie przetrawiony, wszystko będzie dobrze.
Kudłacz znów drapie w szybę, gdy wpuszcza go do środka prycha na nią głośno i odchodzi na drugi koniec mieszkania. Chyba nigdy jej nie lubił, odkąd Klara znalazła go w śmietniku przy ich ulicy. Przyniosła go w pierwszym miesiącu ich wspólnego mieszkania, otuliła ręczniczkiem i z zachwytem wpatrywała się w jego złośliwe oczka. Emilka cicho pomyślała, że tak brzydkiego kota, to sama by się starała pozbyć. Przez dwa dni zastanawiała się, jak powiedzieć Klarze, że on nie może z nimi zostać, trzeciego dnia rano, przy śniadaniu już zabierała się do ciężkiej przemowy, gdy kot wskoczył jej na kolana.
– A co ty robisz Kudłaczu? – zapytała wtedy
Rozsiadł się wygodnie i zaczął cicho mruczeć, ocierając się o nią głową.
– Kudłacz to całkiem dobre imię dla kota – Klara przyjrzała mu się z przechyloną głową – chyba powinnyśmy go tak nazwać.
To był pierwszy i ostatni dzień, gdy Kudłacz zdawał się ją lubić. Teraz patrzy na nią nienawistnym spojrzeniem, na każdym kroku oskarża ją za to, że zostali we dwoje. Przywołuje go do siebie, bierze w ramiona, wdycha jego ciepły, domowy zapach, łzy płyną jej po policzkach, bo to prawda, to jej wina, że zostali we dwoje. Kudłacz nie czuje powagi sytuacji, wierci się, a gdy to nie pomaga, lekko gryzie ją w dłoń. Tym razem ucieka na balkon.
Emilka pamięta każdy szczegół tamtego dnia. Czwartek, dokładnie dwa tygodnie temu. Wróciła do domu zaraz po zajęciach, żeby przebrać się na imprezę. Cały pokój wypełniały pudła, Klara siedziała pośrodku, na podłodze. Choć twarz miała spuchniętą i czerwoną, ruchy miała spokojne. Emilka weszła do pokoju, pakująca się nawet nie podniosła wzroku. Dziewczyna podbiegła do niej, chwyciła ją za rękę, z dłoni wyrwała jej fiołkową bluzę.
– Co ty robisz?! – krzyknęła dziwnym, cienkim głosem.
– Papapakuję się – wydusiła z siebie Klara
– Dlaczego to robisz, przestań, przestań!
Nie przestała, gdy spakowała wszystko usiadły przy stole. Emilka chciała rozmawiać, ale już się nie dało, Klara już się zamknęła. Zawsze taka była, nie umiała wybaczać, gdy ktoś ją zranił, umiała za to odtrącać ludzi.
– Dlaczego nie było cię przy mnie? Potrzebowałam cię bardzo, wiedziałaś?
Emilka wiedziała, wiedziała, że zostawiła przyjaciółkę samą, bez nikogo na świecie, nie wiedziała tylko, dlaczego to zrobiła. Nagle przestała rozumieć, dlaczego uciekała, dlaczego nie pytała, dlaczego nie ocierała łez z policzków Klary.
– Będziesz umiała się kiedyś jeszcze ze mną przyjaźnić?
Kiwnęła głową.
– Dam ci tyle czasu, ile będziesz potrzebowała…

Ostatnie drobiazgi lądują w kartonach, mieszkanie jest puste, jakby nikt nigdy w nim nie mieszkał. Emilka siada przy drzwiach wyjściowych, kot krąży po mieszkaniu, szukając śladów minionego roku. Dzwoni telefon. Odbierając go Emilka wciąż ma przed oczami obraz Klary opuszczającej ich mieszkanie.
– Przyjadę, pomogę Ci z pakowaniem. Będę za pół godziny.
Tym razem odzywa się. Nie dlatego, że jest lepiej, dlatego, że nie chce stracić kolejnych ważnych dla siebie osób. Dlatego, że o tych, którzy jej zostali musi zadbać najlepiej, jak umie.
– Dziękuję – szepcze cicho.
– Ona wróci Emilko, takie przyjaźnie jak wasza nigdy nie rozpadają się na zawsze.

Autor: Julia Stempek

Dodał Julia Stempek w dniu 07-03-2020 · Opublikowano w kategorii Opowiadania
Udostępnij ten post
Powiązane wpisy

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *