WIELE HAŁASU O…

Majonez, kukurydza, groszek… – niska, otyła kobieta w znoszonych butach i ogromnych drucianych okularach wyciąga z kieszeni pomiętą karteczkę. Obraca ją do góry nogami, przysuwa do oczu, znów odsuwa, mruczy cicho chwyta za rączkę wypakowanego po brzegi wózka i z pewną trudnością zaczyna go pchać w kierunku alejki z nabiałem.
– Masło… och, okazyjna cena, lepiej sprawdzić skład, Kaziu zawsze mówi, że nie sprawdzam składu. No proszę, co można próbować wcisnąć człowiekowi przekonanemu, że kupuje masło.
– Mogę jakoś pomóc, potrzebuje pani pomocy? – młoda sprzedawczyni z plakietką, która informuje, że dopiero się uczy, przypatruje się przyjaźnie otyłej kobiecie.

– Nie bardzo, nie bardzo, choć może jednak poproszę – nie spuszcza oczu z dziury w siateczkowej części swojego adidasa – widzi pani, zawsze kupuję takie samo masło, a nigdzie go tu nie widzę.
Ironiczny uśmiech przemyka po twarzy sprzedawczyni, po czym niknie pod maską profesjonalizmu.
– To naturalne, że nie mogła pani znaleźć, tutaj mamy półkę z margaryną, masła są kawałek dalej.
Ruszają w tamtym kierunku – jedna powolnym kolebiącym krokiem, druga groteskowo kręcąca bioderkami w dziwnej, wyuczonej manierze.
– O widzę, na najwyższej półce! Mogłaby mi pani podać?
– To?
– Tak właśnie to, to moje ulubione, ma całkiem przyzwoitą cenę i…. O JEZUS MARIA!?
Masło z cichym stukiem spada na płytki wyścielające podłogę sklepu, obie kobiety z przerażeniem wpatrują się w coś leżącego na ziemi parę metrów dalej. Sprzedawczyni wyrywa się nieco brzydsze sformułowanie. Tuż przy nich zatrzymuje się młody człowiek z ogoloną na łyso głową i parą słuchawek na uszach. Rozgląda się nieco mniej znudzonym spojrzeniem i zwraca się do sprzedawczyni.
– Co tak pani stoi, no niech pani coś zrobi.
– O Boże! Nawet tygodnia tu jeszcze nie pracuję, nie mam pojęcia, co się robi w takich sytuacjach.
Z sąsiedniej alejki nadbiega młoda matka prowadząca wózek z dzieckiem.
– Co się tak państwo wydzierają, dziecko mi państwo obudzą…
Sama wygląda jakby przed chwilą wstała, otulona jest czymś, co mogłoby być lekkim płaszczykiem, ale równie dobrze mogłoby być szlafrokiem.
– O cholera…. – spogląda na ziemię – czy ktoś już sprawdzał, czy…? Ktoś podchodził, próbował zapytać?
Zebrani powoli kręcą głowami, kobieta z jękiem opiera się o lodówki wypełnione mrożonkami. Jej twarz z sekundy na sekundę robi się coraz bledsza.
– Dobrze się pani czuje, podać pani wody, zadzwonić po kogoś? – sprzedawczyni drżącym głosem zadaje pytania.
– To nie o mnie powinna się pani martwić – prycha młoda matka – powiadomiła już pani kierownika sklepu?
Łysy mężczyzna z lekkim uśmiechem drapie się po głowie.
– Nie wydaje mi się, żeby to była sytuacja, w której dzwoni się po kierownika. Sam kiedyś pracowałem w sklepie i w takich sytuacjach… – milknie nagle, na jego twarzy pojawiają się rumieńce, wszystkie oczy skierowane są na niego.
– Na pewno powinna pani coś zrobić – grubawa kobieta w zniszczonych butach odchrząka – coś trzeba zrobić, zawołać innych pracowników, może zadzwonić gdzieś…
– Pracuję tu od tygodnia – z ust sprzedawczyni wydobywa się cichy jęk – nie znam jeszcze nikogo zbyt dobrze, nie poznałam jeszcze połowy pracowników, pierwszy raz jestem na poranną zmianę.
– Co za czasy – grubawa kobieta mówiąc wpatruje się w buty – gdy ja zaczynałam pracować… to byłoby nie do pomyślenia nie znać swoich współpracowników. Najwspanialsze przyjaźnie, związki – tych wszystkich ludzi poznawało się w pracy.
– Myślałem, że w liceum i na studiach – łysy mężczyzna przestępuje z nogi na nogę.
– Zaraz, zaraz – młoda matka groźnie celuje w niego palcem – nie wszyscy muszą chodzić na studia, to nie świadczy o wartości człowieka.
Mina sprzedawczyni wyraźnie sugeruje, że nie tylko młoda matka nie była nigdy na studiach.
– Wy… wy…– grubawa kobieta poprawia nerwowo okulary na nosie – wydaje mi się, że powinniśmy gdzieś zadzwonić, zawiadomić służby, wezwać pomoc.
Oczy wszystkich znów kierują się na ciało otulone w śpiwór, leżące pośrodku alejki z nabiałem.
– Myślałam raczej o ochronie – sprzedawczyni wyjmuje z kieszeni mocno sfatygowany telefon z porozbijaną szybką.
– Zaraz o ochronie! – wykrzykuje młoda matka zupełnie już nie przejmując się tym, że może obudzić syna – w takich chwilach ratuje się życie, a nie ochronę wzywa!
– Nie wiemy, czy jest jakiekolwiek zagrożenie życia – prycha łysy mężczyzna, zupełnie nie kryjąc pogardy – jak dla mnie to zwykły pijak, któremu udało się jakoś ukryć na noc w sklepie.
– Ciekawe, ile rzeczy udało mu się ukraść – ekspedientka milknie, na czoło wstępują jej malutkie krople potu.
– Proszę się nie martwić, raczej nie potrącą pani z pensji – głos łysego jest nieco łagodniejszy niż wcześniej.
– Pijak, zaraz pijak – w chropowatym głosie grubawej kobiety w poniszczonych butach słychać narastającą złość- pijaka bardzo łatwo pomylić z cukrzykiem. Mój mąż ma cukrzycę.
Łysy i sprzedawczyni patrzą w ziemię, młoda matka pieczołowicie okrywa śpiącego bobasa.

Żadne z nich nie daje znaku, że chciałoby usłyszeć dalszą część tej historii. Grubawa, niska pani w mocno sfatygowanych butach nie zdaje się specjalnie zrażona tym faktem, pierwszy raz w trakcie tego przedziwnego spotkania podnosi spojrzenie i wodzi nim po zgromadzonych. Za wielkimi, drucianymi okularami ukryte są ciepłe, brązowe oczy.
– Jak mówiłam, bardzo łatwo jest pomylić alkoholizm z cukrzycą. Niedocukrzenie – gdy ktoś ma za małą ilość cukru we krwi daje bardzo podobne objawy – agresję, wesołkowatość, może wystąpić niewyraźne mówienie.
Grubawa kobieta nabiera powietrza, widocznie nie skończyła jeszcze swojej przemowy.
– Proszę nas tu nie pouczać – młoda matka krzyżuje ręce na piersiach – sama miałam, to wiem, jak to jest. A niedocukrzenie…. Człowiek staje się jak małe, nieznośne dziecko, dziwię się, że chłopak ze mną wtedy wytrzymał.
– Wtedy? – w głosie grubawej kobiety buzują emocje – z cukrzycy się nie wychodzi, może miała pani jakąś inną chorobę?
– Inną chorobę? Chyba kpi sobie ze mnie pani?! Zdiagnozował mnie lekarz w pierwszym trymestrze ciąży, dostałam papier i tam było napisane „Cukrzyca ciążowa”. Czytać chyba jeszcze umiem!
Grubawa kobieta w podniszczonych butach przestępuje z nogi na nogę, ale wzrok ma utkwiony w ziemię.
– Przepraszam, że się wtrącam – łysy mężczyzna robi dwa kroki w stronę leżącej postaci – nie chcę przerywać tej porywającej dyskusji, ale może powinniśmy obudzić tego człowieka.
– O ile da się go jeszcze obudzić – mówi młoda matka złowieszczym głosem.
– Myślą państwo, że miał jakiś atak? – cienki głos przypomina wszystkim o obecności sprzedawczyni.
– Jakby miał atak – łysy mężczyzna z powątpiewaniem marszczy brwi – to raczej nie leżałby w śpiworze.
– Może wszedł do śpiwora i potem dopiero dostał ataku – w cienkim głosie sprzedawczyni słychać nutę nadziei na sensację.
Nikt nie komentuje. Łysy mężczyzna powoli, jakby z ociąganiem zbliża się do podłużnego pakunku na posadzce, na czole pojawiają mu się malutkie kropelki potu. Wyciera je pośpiesznie.
– Proszę nie podchodzić do niego za blisko – scenicznym szeptem wykrzykuje młoda matka – może być niebezpieczny.
– Przed chwilą martwy, teraz niebezpieczny – szepcze bardzo cicho łysy mężczyzna, ale mimo wszystko nie podchodzi bliżej niż na pół metra.
Ręka, którą wyciąga z wahaniem w kierunku nieruchomego ciała, mocno się trzęsie. Zatrzymuje palce tuż nad śpiworem, trzyma je tak przez chwilę, po czym cofa rękę.
– Może powie pan coś do niego, może się obudzi – proponuje niska, grubawa pani całkowicie bez przekonania.
– Może – wzdycha łysy mężczyzna.
Bierze głęboki oddech, na twarzy pojawiają mu się czerwone plamy.
– Proszę pana – szepcze zbyt cicho, by ktokolwiek mógł go usłyszeć – przepraszam, czy wszystko w porządku?
Tym razem mówi głośniej. Wszyscy zgromadzeni przysuwają się bliżej. W milczeniu tworzą półokrąg domknięty z drugiej strony lodówkami z nabiałem.
– Przepraszam! – wykrzykuje sprzedawczyni, po czym zaskoczona swoją śmiałością chowa się za niską grubawą panią. Ta nie reaguje. Coś zaczyna się dziać. Pełną napięcia ciszę przerywa szelest śpiwora i ciche jęknięcie.
– Jest ranny, jest ranny! – pełnym paniki głosem wykrzykuje młoda matka, po czym jeszcze bardziej pochyla się nad ciałem.
Łysy mężczyzna zdobywa się na odwagę i kładzie ogromną dłoń z krótko obciętymi paznokciami w miejscu, gdzie powinno znajdować się ramię leżącego człowieka.
– Przepraszam, czy wszystko w porządku? – potrząsa lekko ciałem w śpiworze.
Spod śliskiego, zielonego materiału dobywa się mruknięcie, głośne ziewnięcie, materiał zaczyna się ruszać. Na twarzy każdego z obserwujących maluje się niesamowite napięcie.
Najpierw wyłaniają się ciemne, lekko dotknięte siwizną włosy, następnie czoło, grube brwi, niebieskie oczy….
– Pan kierownik?!
Mężczyzna w śpiworze rozgląda się lekko nieprzytomnym spojrzeniem po zebranych, jego wzrok zatrzymuje się na ubranej w barwy sklepu sprzedawczyni.
– A pani to kto? A już wiem, już wiem, zatrudniłem tu panią tydzień temu, pani Karolina, tak?
Sprzedawczyni kiwa głową, na policzkach pojawiają się jej ogromne wypieki.
– A pan… co… co pan tu robi?
Mężczyzna w śpiworze spogląda na śpiwór, na jego twarzy pojawia się przepraszający uśmiech.
– Urodziły mi się bliźniaki, naprawdę potrzebowałem się wyspać.

Autor: Julia Stempek

 

Dodał Julia Stempek w dniu 16-07-2020 · Opublikowano w kategorii Opowiadania
Udostępnij ten post

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *