-ICZKI, -ECZKI I -USIE… , CZYLI JAK DOSŁODZIĆ CUKIER MAGIĄ POLSKICH ZDROBNIEŃ

Polacy śmieją się z ironiczną życzliwością (cokolwiek by to było) z Czechów i ich šmatički na patičku (flagi, w sensie), ale sami zapominają chyba, że również język polski spokojnie mógłby kandydować do nagrody za najbardziej drobiący język. Fakt: dróbek, dróbeczek, dróbuś, drobuś, dróbulek… Polskie zdrobnienia to nie tylko formacje słowotwórcze. To sposób budowania emocji, relacji i atmosfery rozmowy. Wielu uczniów języka polskiego jako obcego dość szybko zauważa, że obok przypadków, rodzajów i aspektów czasownika są one jedną z najbardziej charakterystycznych cech naszego języka, elementem, który Polacy kochają, i którego nader często używają.

W wielu językach zdrobnienia istnieją, ale używa się ich znacznie rzadziej niż w polskim. Angielski, dajmy na to, jest raczej „zrobnieniowo neutralny”. No, może za wyjątkiem Hello Kitty. Zdrobnienia „zmiękczają” komunikację, a Polacy używają ich najczęściej wobec dzieci, swoich partnerów i przyjaciół. Albo szefa, gdy spóźnili się do pracy, wobec policjanta, żeby podarował im ten mandacik, piekarza, pani w banku, pani w sklepie, pani na recepcji, pana na targu, kelnera, kwiaciarki, … . Czasami nawet klientów, bo „kawusia” zawsze smakuje lepiej niż klasyczna kawa. No i robi atmosferę. A jeśli już „kawa”, to przynajmniej z „mleczkiem”. Zdrobnienia są często bardzo pomysłowe. Czasem nieco dziwne, czasem infantylne, czasem urocze. W słowniku języka polskiego próżno szukać takowych. Jednak choć ich tam nie ma, nie znaczy to, że nie istnieją. Są i mają się świetnie. Ich domem jest ulica, ale nie, nie są bezdomne. Mają miliony domów. Są w każdym mieście, w każdej wsi. Są wszechobecne. Jak bakterie. Te dobre. Jak w jogurcie.

Polska sztuka niuansu. Zdrobnienia na lekcji JPJO.

Od zarania dziejów język i emocje zawsze szły w parze. W czasach PRL-u zwykłym petentom pani w kasie kazała czekać „chwilę”, a przezornym obywatelom z kilogramem podwawelskiej już tylko „chwileczkę”. Do tego uśmiech w bonusie. Nie uśmieszek, bo to przecież co innego. Świat polskich zdrobnień to niemalże język w języku. Na dobrą sprawę tę samą treść moglibyśmy przekazać w wielu wersjach, w zależności od, dajmy na to, wieku naszych rozmówców czy też naszego do nich stosunku. Oczywiście zawsze istnieje również ta wersja standardowa i bezpieczna, której uczymy na lekcjach języka polskiego jako obcego. Zdanie „Rysio pojechał na rowerku do babci.” momentalnie kreuje w naszej głowie obraz małego chłopca na trójkołowcu, w kasku, zawzięcie pedałującego przez park. Stwierdzenie, że „Wszystkie Ryśki to porządne chłopy.” przywodzi na myśl scenę z iście zakrapianego spotkania, a forma „Rysiulek” dodaje do tego wszystkiego element ewidentnej poufałości. Odnoszę wrażenie, że obcokrajowcy są przychylnie nastawieni do polskich zdrobnień. Jak jednak uczyć na zajęciach języka polskiego jako obcego, aby nasi uczniowie nie obudzili się pewnego dnia z wielkim znakiem zapytania w głowie, który podsumowywać będzie ich zagubienie pod tytułem: „To jakiego języka ja się w zasadzie uczę?”

zdrobnienia w języku polskim

W zasadzie polskiego, i również w zasadzie – nie uczyć. Zdrobnienia przychodzą. Pojawiają się. Ni z tego, ni z owego. Niczym lekki śnieg w połowie kwietnia, bezśnieżne Boże Narodzenie, tulipany w lutym, Maja Chwalińska w finale Rolanda Garrosa. Trochę dziwią, nieco zaskakują, są czymś nowym, nieoczekiwanym. Jednak przy głębszym poznaniu zaczynamy rozumieć ich drogę do miejsca, w których się na nie natknęliśmy. Adepci języka polskiego jako obcego przeżyją bez nauki zdrobnień, bo przecież swój dobry humor i radość z tłustego czwartku niekoniecznie wyrażać trzeba zamówieniem pięciu „pączusiów”. Wystarczy pięć pączków i promienny uśmiech. I tak przecież ważniejsza jest poprawna forma gramatyczna dopełniacza liczby mnogiej. Ten brak konieczności nie może być jednak wymówką do całkowitego ignorowania zdrobnień. Jakby nie było, są one integralną częścią naszego języka.

Nie uczyć. Oswajać. Jak pracować ze zdrobnieniami w JPJO?

Jak zatem ewentualnie ćwiczyć zdrobnienia podczas lekcji z obcokrajowcami? Wiele pomysłów dostarcza nam samo życie. Ciekawą zabawą będzie odgrywanie scenek: rozmowy z dzieckiem, kawy z koleżanką, spotkania z szefem, różnych sytuacji wymagających nieco innego tonu wypowiedzi oraz słownictwa. I choć początkowo rozróżnienie to może przychodzić naszym uczniom z trudem, a strach przed zwolnieniem z pracy za zbyt swobodne poczynanie sobie z szefem może nawiedzać ich myśli, to włączenie tego typu słownictwa do ich językowego arsenału jest równoznaczne z wspięciem się na wyższy poziom. Poziom, na którym pojawiają się nowe wyzwanio-potwory, niczym w grze w Mario. Ale na szczęście, podobnie jak Mario, nasi podopieczni również wyposażeni są w broń, którą w ich przypadku stanowi wcześniej zdobyta wiedza o języku polskim, co jest solidną podstawą i pozwala mierzyć się im z kolejnymi lingwistycznymi wyzwaniami. No ale jeśli zdarzy się, że kule ognia się skończą, a wszystkie inne sposoby podczas zmagania się z problemami życia codziennego zawiodą, zawsze mogą oni skoczyć przeciwnikowi na głowę i znokautować go. Tak jak robi to Mario. Tyle że w odróżnieniu od niego, w przenośni. Językowej właśnie.

Przeróżne doświadczenia i mijający czas w znaczący sposób kształtują jednak każdą jednostkę. Gdy obcokrajowcy zaczynają świadomie i z wyboru używać zdrobnień, oznacza to, że wchodzą na wyższy „level” językowego wtajemniczenia, który otwiera im drzwi do nowego świata. Tak, nowych potworów, ale potworów lokalnych. Świata niuansów i emocji Polaków. Zaczynają czuć, a nie tylko przyswajać. Tym samym język polski jako obcy przestaje być aż tak obcy, stając się częścią ich światopoglądu. Teraz nie pozostaje im już nic innego jak złożyć podanie do własnej podświadomości o sny po polsku. Choć na razie pewnie jeszcze w wersji mini.

zdrobnienia w języku polskim

Podczas lingwistycznych potyczek nie dosładzamy stewią, ksylitolem, erytrolem, bo choć naturalne, to mimo wszystko wieje od nich przysłowiową puchą, a w trakcie nauki języka polskiego jako obcego słodzimy tylko prawdziwym cukrem. W autentyczności siła. Jeśli cukier wpływa na smak świata, to inne substancje chemiczne potrafią zmieniać jego odczuwanie w znacznie bardziej radykalny sposób. Colorado Springs. Rok 1867. Doktor Quinn biegnie przez miasteczko z buteleczką eteru, żeby znieczulić kotka, który spadł z płotka i złamał łapkę… Polak już to zrobił. W sensie – znieczulił, zastępując płotek płoteczkiem, zmniejszając w ten sposób dystans, który pokonać musi spadający koteczek, teraz już odchudzony, zatem lżejszy, aby uderzyć w… ziemię? No bo przecież nie „ziemkę”. Bo „ziemka”, choć zdrobniona, to gdy się na nią spadnie nawet z tego płoteczka, nie zamortyzuje. No chyba, że leży na niej gąbeczka. Baltazarek Gąbeczka. No ale to byłaby przecież już zupełnie inna bajka… Bajeczka. Karrramba!

Autor: Marcin Starnowski

Koszyk
Wybierz punkt odbioru
wybierz walutę
PLN Złoty polski
EUR Euro
Przewijanie do góry