„Czy w Warszawie jest naprawdę aż tak dużo psów?” – zapytała lata temu w „Lecie z Radiem” pewna Włoszka. Zdezorientowana rodaczka boskiego Dante, zaawansowana eksploratorka reyowskiego, bynajmniej nie, gęgania, opowiadała, jak z tropu zbił ją kiedyś znak drogowy z napisem: PIESI. No i cóż, mówiąc z przekąsem, kładek i przejść dla piesów ci u nas dostatek, ale i tak doceniamy fakt podjęcia wyzwania i wplątania się zainteresowanej w niekończący się przygodo-koszmar pod tytułem Nauka języka polskiego jako obcego. To tak z przymrużeniem oka, choć jak powiedział kiedyś pewien literat: „Nauka – to potęgi klucz, w tym moc, co więcej umie.” Jasne. A Włosi na śniadanie jedzą „colazione”…
Pani Włoszki nikt nie zmuszał. Sama chciała. Chciała przypadków, fleksji, chciała aspektu, dwuznaków, dwóch „u/ó”, dwóch „ż/rz”, dwóch „h/ch”, przyimków, przedrostków, dziwnych kresek pod literami, nad literami, i innych wynalazków. Ja natomiast w język polski zostałem wrodzony. W sumie nikt nie pytał mnie, czy chciałem. Wyboru nie było. Trochę jak za komuny. Brałeś to, co było 🙂 Dobra! Nie psioczę. Naszego języka nauczyłem się z automatu, otoczony szeleszczeniem, milionem końcówek i wyjątków. I każdy tak ma, zewsząd okrążony przez pierwszy język swej rodzicielki. Tutaj wszelkie różnice kulturowe nie mają racji bytu. Tak więc także z automatu używam języka polskiego, podziwiając jego złożoność. Zabawne jest to, że przecież również dla Polaków bardzo często stanowi on spore wyzwanie.
Fleksja ma swój urok, choć pewnie przekleństwem ochrzci ją niejeden uczeń języka polskiego jako obcego. Polacy, Słowacy, Ukraińcy oraz nasi inni słowiańskojęzyczni krewni odmieniają. Turcy, Węgrzy, Finowie i Koreańczycy mają swoje agulutynacyjne doklejanki. Niemcy komplikują sprawę niepozornymi der, die, das i trochę też kombinują z końcówkami, ale w formie soft, a Chińczycy się TEMU wszystkiemu przyglądają, skacząc z tonu na ton i patrząc na kontekst. Nauka języka obcego zajmuje sporo czasu. No tak, a Kolumb odkrył Amerykę. Oczywista oczywistość. Jednak, mówiąc kolokwialnie, wszystko jest do ogarnięcia. Kwestia chęci, wytrawałości, motywacji… Nazwij to jak chcesz, drogi Czytelniku.

Dobre podstawy… to podstawa – fleksja na lekcji jpjo
Już niczym mantrę powtarzam moim studentom we wczesnym stadium nauki języka polskiego jako obcego, jak ważne jest budowanie swojej prywatnej bazy danych. W głowach. Im więcej słów do niej wprowadzimy, tym lepiej. Każdy ma inną metodę tworzenia tejże, ale niewątpliwie ich wspólnym mianownikiem jest kucie. Czego Jaś nie wykuje, tego Jan nie będzie ku…mał? Nie oszukujmy się, samo nie wejdzie. Musimy poślęczeć, musimy nie dospać. W przypadku języka polskiego na tym się jednak nie kończy. Ktoś to wszystko musi jeszcze poodmieniać. Podstawy są, czas zatem puścić w ruch machinę piekielą. Chcesz koniugować? Deklinować? A może wszystko na raz? Taki urok naszego języka. Marzę o „morzu”, ale Ewa nie jest fanką „morza”. Ja „jadę” pociągiem, a Piotr „jedzie” samochodem. I nie, nie może mnie zabrać, ponieważ jego rodzice „jadą” z nim. Bo już od dawna chcieli „pojechać” nad to „morze”. O Boże, widzisz i nie grzmisz. Nad tym „morzem”.
Metod nauczania języka polskiego jako obcego, w tym fleksji, jest wiele. Automatyczne recytowanie form rzeczowników we wszystkich przypadkach? Odmiana czasowników przez wszystkie osoby, czasy i tryby? W tym szaleństwie jest metoda, powiedział Szekspirowski Poloniusz do Hamleta. Sposób dobry, na początek przynajmniej, ale, nie ukrywajmy, dość suchy. No i nudny, bo bez kontekstu, historii, otoczki, smaku. Jednak należy mieć bardzo dobre podstawy. Zachęcajmy naszych uczniów do stawiania wyzwań polskiej fleksji. Niech na własnej skórze przekonają się, że nie taki diabeł straszny, jak go malują. Nie musimy mówić im od razu, że jest straszniejszy. Dajmy im trochę czasu. Niech się z tym prześpią. Re…fleksja przyjdzie nieco później. Nie zapominajmy o grupowaniu, przytaczajmy podobne odmiany różnych czasowników. Łatwiej przyjdzie naszym uczniom zapamiętanie koniugacji, gdy nagle okaże się, że „czytam” książkę i „popijam” herbatę, ale już „jem” obiad i „nie wiem”, dlaczego znowu są ziemniaki.
W całym tym złożonym procesie, mylenie jest nieuniknione. I nie mam tu na myśli homonimowych pomyłek, ale słowa, które brzmią nieco podobnie, i dla naszych uczniów języka polskiego jako obcego stanowią słowotwórcze wyzwanie.
Księża na Księżycu
Prośba o samodzielny przekład wiersza „Na balkonie” Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej na swój rodzimy język był dla moich studentów taką właśnie próbą sił. To ćwiczenie nauczyło sporo także mnie, bo mogłem nieco bardziej zrozumieć proces myślowy moich podopiecznych i ich znajomość polskiej fleksji. Oto bowiem we fragmencie „Twoje usta są teraz nocne,/ i blade jak usta księży.”, spora grupa pisała o „ustach księżyca”. No i tak, pojawia się tutaj słowo trudne, nietypowe, bo przecież nie mówimy, że „dwa ksiądze przyszli”. A ja się pytam, dokąd poszło końcowe „c”? No i „a”, skoro to dopełniacz. Analiza wierszy to świetny sposób na ćwiczenie fleksji, a takie „problematyczne” językowo teksty powinny być z pieczołowitością dobierane przez przewodnika, jakim właśnie powinien być nauczyciel języka polskiego jako obcego. Co ciekawe, „perlica” z wersu „niebo jest jak puch perlicy” stawało się niekiedy „perłą”. Być może bardziej hodowlana wersja „perliczka” okazałaby się nieco jaśniejsza? Choć jest też przecież słowo „perełka”… Wybierz poprawną odpowiedź: „Jej mąż jest łowcą perlic / pereł.” (akcja toczy się na Słowacji). I wszystko raczej jasne. Taka trochę „Twoja twarz brzmi znajomo”. Niby podobnie, ale nie do końca, bo nikt chyba nie pomyli Czesława Niemena z Wodeckim, ale już perlicę z perłą, i owszem.
Jak się nie ma co się lubi…
Język polski jest na wskroś piękny. Również piękny w swej trudności, ponieważ dla większości uczących się go stanowi wyzwanie. A człowiek z natury lubi wyzwania, bo może sam sobie coś udowodnić. To takie trochę puzzle, które trzeba dopasowywać w nieskończoność, aż wyjdzie z tego jedna zgrabna układanka. Gorzej, jeśli nie wyjdzie, ale wtedy zawsze pozostaje palec w sklepie, nieco zmieszany, aczkolwiek – uśmiech, jednym słowem – zintensyfikowana niewerbalność. Każde zdanie to maleńki fragment złożonej całości. W zależności od tego kim jest śmiałek podejmujący naukę języka polskiego jako obcego, postępujący rozwój okupiony będzie większym lub nieco mniejszym trudem. I nie przejmujmy się powiedzeniem, że człowiek głupi się rodzi i głupi umiera. Jak by nie było, zrozumienie tego, że zawsze można mierzyć jeszcze wyżej, również jest jakimś sukcesem. A dla mnie, jako nauczyciela języka polskiego jako obcego, takowym jest moment, gdy mój uczeń zaczyna używać poprawnej formy rzeczownika „pies” w dopełniaczu. Wtedy to właśnie następuje przełom i świat przybiera jaśniejsze barwy. Ot i taka re…fleksja na koniec 🙂

Autor: Marcin Starnowski



