Na temat języka polskiego wypowiadało się już wielu. Co jakiś czas nasze uszy raczone są intrygującymi wywodami lingwistycznymi, które rozkwitają niczym kwiaty o nie mniej intrygujących nazwach. Bralczykia polonica tudzież Miodunka clariloquens. I nie mam tu na myśli tylko ostatnich kilkudziesięciu lat. Wszak dyskusję na temat naszej rodzimej mowy rozpoczął rejowski pochód gęsi wyklętych ponad 450 lat temu, gęsi, z których to gęganiem literat z Nagłowic nie chciał, by utożsamiały Polaków inne narody świata. Cóż za wdzięczność, zważywszy na fakt, że gęsie pierze od dawien dawna ogrzewało, i nadal ogrzewa przecież, także i nasze – człowiecze kupry, podczas co sroższych to zim.
Słowacki miał marzenie – Leśmian nie mógł przestać
Temat polszczyzny podjął ponad 250 lat później Juliusz Słowacki w poemacie „Beniowski”, pisząc o giętkim języku i o swoich nadziejach, by tenże mógł wyrażać wszystko, co pomyśli nasza głowa. Niejaką realizacją juliuszosłowackiej nadziei jest twórczość Bolesława Leśmiana. Dumny ojciec Znikomka, Dusiołka i Śnigrobka zasłynął z nazywania tego, co nienazwane oraz materializacji słownej tworów swej bujnej wyobraźni. I choć większość jego baśniowej leksyki wprowadzającej oniryczny nastrój nie weszła do powszechnego użytku, to jednak twórczość króla neologizmów pokazuje nam możliwości słowotwórcze polszczyzny, jednocześnie zaciekawiając tudzież wprawiając w przerażenie śmiałków pragnących zmierzyć się z nią na lekcjach języka polskiego jako obcego.
Przypadki, aspekt, przyimki… Współcześnie żyjący Polacy dogadaliby się oczywiście ze swymi rodakami żyjącymi 100 lat temu i wcześniej, ale zapewne niejednokrotnie na twarzy każdej ze stron pojawiłby się grymas zdziwienia oraz zmieszany uśmiech. Ci współcześni by szoknęli, a naszych przodków brałby dziw. „O czym ty do mnie rozmawiasz ziom?” kontra „Dziw mię ogarnia z twych słów człecze”. Jednak pomimo wszystkich tych odmienności leksykalnych powstałych na przestrzeni dziejów, przedstawiciele różnych pokoleń są w stanie odnaleźć wspólny mianownik i pokonać początkowe trudności komunikacyjne, które spowodowane są bardziej szoknięcio-dziwotą aniżeli impaso-niezrozumieniem.
W smaku? Petarda!
Podczas moich niedawnych zajęć ze studentami języka polskiego jako obcego, tematem przewodnim stały się neologizmy. Nikt z nich nie kojarzył zjawiska parawaningu nad Bałtykiem, entuzjastycznej essy, pewnego siebie sigmy, wyzwolonej do granic frywolności lambadziary czy choćby swojskiej jesieniary. Biedronkowe ceny nie zapalały przysłowiowej lampki, a paszport Polsatu nie kusił swą vipowską mocą. Jednak studenci byli zaintrygowani. Próbowali używać tych nowych, choć czasem już nieco mniej aktualnych słów, żeby być „na czasie”, żeby żyć współczesnością, żeby ich język polski był odbiciem tu-i-terazowej Polski. Tak jak oprogramowanie w naszych komputerach czy telefonach co jakiś czas musi zostać poddane update’owi, tak samo i język polski jako obcy powinien aktualizować swą leksykalną bazę danych. Takie etnolingwistyczne podejście, w którym kultura danej społeczności wpływa na używany przez nią język, to nic innego jak właśnie odświeżanie tudzież weryfikacja jego słownych zasobów. Każdy Polak zrozumie pozytywny wydźwięk soczystej „masakry”, ale użycie przez uczniów polskiego jej młodszej siostry – „petardy” – będzie świadczyć o ich językowej czujności, otwartości oraz społecznej świadomości podczas zajęć.

Język polski jako obcy – słownik w trybie „404”
Język nieustannie się rozwija. Czasami skręca w prawo. Czasami w lewo. Czasami zakręca tak, że aż nas skręca. Z irytacji, że jak tak w ogóle można mówić. Czasem z radości, bo powracamy do dobrych korzeni. Nowe słowa nazywają nowe rzeczy lub zjawiska. Trzeba je przetrawić. Zadecydować: przyjąć, czy odrzucić? Musimy pozostawać otwarci i doceniać słowotwórczą kreatywność środowisk tworzących neologizmy. Nowe słowa mogą stać się dla nas inspiracją na lekcje języka polskiego jako obcego, a my sami swoją otwartością w podejściu do tematu powinniśmy zarażać również naszych uczniów. Czy to dobrze, aby uczyli się oni neologizmów? Jakby nie patrzeć, to część kultury narodów. Gdy je poznajemy, poznajemy również niejako sposób myślenia członków społeczności, która od momentu narodzin używa danego języka. Różnorodność jest piękna, a każdy język to inny sposób widzenia świata. Problem może pojawić się wtedy, gdy „xd” staje się ważniejsze niż deklinacja. Dlatego gdy tylko nowe słowo ujrzy światło dzienne i zanim jeszcze wraz z upływem czasu zacznie zataczać coraz to szersze kręgi, wskazane jest umiarkowanie emocjonalne, które uchroni nas przed przyjęciem w swe szeregi przysłowiowego „brzydkiego kaczątka”. Choć, jak wszyscy dobrze wiemy, różny i zaskakujący może okazać się finał jakiegoś konkretnego przypadku, o czym swą opowieścią w piękny sposób przypomina nam Hans „Baśniersen”.
Czy rozbudowa słownictwa to rozwój w dobrą stronę? Cóż, świat musi przecież nazywać nowe rzeczy oraz zjawiska. Pojawiające się neologizmy, z niejakiej reguły, w większości przypadków z czasem odchodzą w niebyt. Jednak niektóre – nieliczne te, którym udało się zaskarbić przychylność społeczeństwa, które zadowolić nie jest przecież łatwo – zostają z nami. Kiedy podręcznik póki co milczy, a język polski jako obcy żyje własnym życiem, my oraz nasi uczniowie wiemy, że właśnie jesteśmy świadkami dokonywania się językowej zmiany, której trwałość będzie można sprawdzić za kilka lub kilkanaście lat. W kolejnej edycji książki.
Podczas zajęć często powtarzam studentom, że są ważniejsze słowa niż „to” konkretne, do którego ja akurat z pewnych osobistych powodów czuję sympatię, i które chciałbym, żeby ci zapamiętali. No bo nie okłamujmy się, mało który uczestnik zajęć języka polskiego jako obcego używać będzie w przyszłości słów takich jak „bezkres”, „zaduma” czy „tożsamość”. Ale to właśnie takie słowa nadają językowi polskiemu tego przysłowiowego smaczku i czynią go pięknym.

Jako że nauka języka obcego to proces długi, uczeń niemal stale zmuszony jest dokonywać jakichś wyborów. Choć żądny wiedzy umysł chłonie niczym gąbka, nawet gąbkę z czasem zacznie męczyć szeroko rozumiany przesyt. Jak to bywa ze wszystkim, najważniejszy jest umiar oraz klasyfikacja ogółu zawartości według naszego własnego poczucia ważności. Podczas lekcji języka polskiego dla obcokrajowców to nauczyciel jest głównym dyrygentem, dlatego to, w jaki sposób nasi podopieczni będą postrzegać polszczyznę, zależy też w dużej mierze od nas.
Zazwyczaj efemeryczne, w mniejszym lub większym stopniu koślawe, często zaskakujące a czasem wręcz językowo podejrzane, neologizmy udowadniają nam, że język polski żyje, funkcjonuje i nie stoi w miejscu. I choć czasem zdawałby się uwsteczniać, to jednak później odbija się i przyspiesza, ryzykując – jak każdy żywy organizm. Ale spokojnie. Jest ubezpieczony. Ponad tysiącletnią tradycją, która daje nam prawo, by eksperymentować, wciągając naszych podopiecznych w ten fascynujący świat historii i kultury.
Autor: Marcin Starnowski






