TE KILKA MIEJSC

Siedział w parku i patrzył na dziobiące ziarna gołębie. Nie lubił ich, naprawdę go brzydziły. Z jakiegoś powodu uważał jednak, że muszą być głodne i koniecznie potrzebują jedzenia. Dlatego właśnie, choć czuł do nich obrzydzenie, sięgał co jakiś czas do kieszeni i rzucał im małe ziarenka. Spojrzał zaniepokojony na zegarek – zdecydowanie była spóźniona. Nie znosił czekać za długo, nie znosił gołębi chodzących koło ławki i nie znosił żaru lejącego się z nieba. Otarł spocone czoło chusteczką, rozejrzał się dookoła, znów spojrzał na zegarek. Nie miał komórki, od wielu lat nie uznawał takich urządzeń, lubił pisać listy zamiast SMS-ów, lubił stare stacjonarne telefony, lubił prawdziwe budziki i prawdziwe odtwarzacze muzyki. Westchnął i ponownie rozejrzał się dookoła.

Plantami szła w jego kierunku młoda dziewczyna. Miała krótkie kręcone jasne włosy, okrągłą twarz i szeroki uśmiech. Była niska, lekko pulchna, ubrana w krótkie spodenki i jaskrawą koszulkę. Ewidentnie patrzyła w jego kierunku, a gdy zobaczyła, że też na nią patrzy, uśmiechnęła się szeroko. Och nie! – pomyślał – błagam, żeby to nie była ona! A jednak, to musiała być ona i Maksymilian, jako inteligentny człowiek doskonale o tym wiedział. Nie był na tyle przystojny, żeby jakaś dziewczyna uśmiechała się do niego tylko z tego tytułu, absolutnie nie miał w sobie tego czegoś. Był chudy, wysoki, miał przydługie ciemne włosy i zbyt szczupłą, pospolitą twarz. Dziewczyna wciąż na niego patrzyła, gdy była już zupełnie blisko wyjęła z uszu słuchawki i uśmiechnęła się jeszcze szerzej. Maksymilian poderwał się z ławki i zamarł nie mając pojęcia, jak powinien się zachować. Miał przekonanie, że to kobieta jako pierwsza powinna wyciągnąć dłoń i z całego serca liczył, że tak właśnie się stanie.  Nie wyciągnęła, stała przed nim i wciąż uśmiechała się szeroko, w jej nosie dostrzegł błysk kolczyka. Poczuł jak w przełyku rośnie mu ogromna gula, miał ochotę odwrócić się i uciec, był jednak gentelmanem, a gentelmani nigdy tak nie postępują.
– Jestem Kaja – dziewczyna wyciągnęła w jego stronę drobną dłoń upstrzoną pierścionkami.
– Maksymilian – uścisnął podaną mu dłoń, po czym odruchowo poprawił włosy.
Zapanowała dziwna cisza. Czuł, że powinien się odezwać, ale zupełnie nie mógł się na to zdobyć. Dziewczyna również milczała, patrząc na niego wyczekująco. Odchrząknął.
– Hmmm, od czego chciałabyś zacząć zwiedzanie?
Roześmiała się głośnym, niezbyt dziewczęcym śmiechem, który wywołał w nim skojarzenia z kwiczącą świnką.
– Wiesz, nigdy nie byłam w Krakowie… Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, co można tu zwiedzać oprócz Wawelu.
O tym zupełnie nie pomyślał, miał głęboką nadzieję, że dziewczyna sama przygotowała plan zwiedzania i będzie go potrzebowała jedynie jako miłego towarzystwa podczas spaceru. Zmieszany pokiwał głową i wyciągnął z kieszeni plan miasta.
– No dobrze, możemy więc zacząć od „Szuflady Szymborskiej”, potem odwiedzić muzeum w podziemiach Rynku i Muzeum Narodowe.
– Muzeum? – uniosła wysoko mocno pomalowane brwi – myślałam, że pokażesz mi jakieś ciekawsze miejsca. U nas, w Londynie, muzeów i galerii sztuki mi nie brakuje.
– Pewnie i tak ich nie odwiedzasz – mruknął poirytowany, ale natychmiast się zreflektował – przepraszam ogromnie. Zabiorę cię w jakieś inne miejsca, które mają szansę ci się spodobać.

Ruszyli ulicą Gołębią. Kaja szła niezmiernie wolno, co nieco wytrącało go z równowagi, ale obiecał sobie, że już więcej nie zwróci jej uwagi. Był pogrążony w myślach i mocno zniechęcony. Nie miał najmniejszej ochoty spędzać z nią czasu, żałował, że obiecał przyjacielowi zająć się kuzynką z Anglii. Żałował, że uwierzył w jego opowieści o pięknej, subtelnej i oczytanej dziewczynie. Na przyszłość będzie wiedział, że Krzysztofowi nie należy ufać. Skręcili właśnie w Bracką, gdy przyszedł mu do głowy pewien pomysł.
– Z tego, co mówiłaś wcześniej wnioskuję, że nie lubisz poezji, ale mimo wszystko chciałbym ci coś pokazać.
Stanęli na schodkach przy wejściu do baru „Nowa Prowincja”, Maksymilian wskazał na domofon wmontowany w ścianę.
– Zadzwoń pod któryś z numerów.
Spojrzała na niego z wysoko uniesionymi brwiami i dziwnym uśmieszkiem. Nie zdawała się być przekonana do tego pomysłu.
-Zadzwoń, nie ma powodów do obaw…
Po dłuższym namyśle wyciągnęła jeden z drobnych paluszków, przez chwilę wodziła nim po guziczkach, po czym wcisnęła ten z napisem „Miłosz”.

– Nigdy nie powiedziałam, że nie lubię poezji – stwierdziła odwracając się do niego – wręcz przeciwnie, szczerze mówiąc, sama piszę wiersze.
– Inną sztukę też lubisz? – zapytał próbując nie okazać tej odrobiny entuzjazmu, którą właśnie poczuł.
Pokiwała kędzierzawą główką.
– Uwielbiam sztukę, przede wszystkim współczesną i dlatego nie bardzo chciałam odwiedzać muzea historyczne… – popatrzyła na niego wyczekująco – chcę zobaczyć wyjątkowe miejsca w Krakowie, te, które można znaleźć tylko tutaj, znasz jakieś?
Zastanowił się. A więc dziewczyna rzeczywiście była na poziomie, rzeczywiście była fanką sztuki, szkoda tylko, że nie takiej, jakiej się spodziewał. Znał parę świetnych miejsc, miejsc wyjątkowych, z czasów, gdy sam czuł się młody, gdy używał jeszcze telefonu komórkowego i gdy zdarzało mu się chodzić na imprezy.
– Maks?
Popatrzył na nią dziwnie, nie pamiętał, żeby ktokolwiek się tak do niego zwracał.
– Maks, ile ty właściwie masz lat?
– Hem, jutro kończę dwadzieścia dwa lata.
– Dwadzieścia dwa – jej oczy zrobiły się wielkie ze zdziwienia – myślałam, że masz przynajmniej trzydziestkę.
Koszmar, nie dziewczyna… i pomyśleć, że chwilę wcześniej zdawało mu się, że zaczyna ją lubić.

Ulicą świętego Tomasza dotarli na plac Szczepański. Nie czekając na niego Kaja podbiegła do fontanny, usiadła na barierce i zaczęła przekładać nogi na drugą stronę.
– Kaja?! Nie możesz tego zrobić, w tej fontannie kąpią się bezdomni, poza tym są ogromne kary. Nie możesz…
Dziewczyna w najmniejszym stopniu się nie przejęła, teraz obie jej stopy były już w wodzie.
– Słyszałaś mnie? Nie możesz tam wchodzić!
Roześmiała się szeroko i prysnęła wodą w jego kierunku.
– Nie po to przyjechałam do Krakowa, żeby przestrzegać przepisów. Jeżeli przeszkadza ci jednak to, że siedzę w fontannie, to obiecuję, że wyjdę stąd, jak tylko zmoczysz w niej nogi.
– A jeśli nie zmoczę? – Maksymilian nie dopuszczał opcji, w której musiałby wchodzić do fontanny.
– To wtedy cała się wykąpię i zakończymy naszą wycieczkę – stwierdziła dobitnie.
Otworzył usta, chciał już powiedzieć, że to bardzo dobrze, bo on też chce już zakończyć tę wycieczkę, ale jakoś nie udało mu się tego wypowiedzieć. Nie była może zbyt elegancka, nie była damą, ale bez wątpienia miło mu się na nią patrzyło. Wolno, ociągając się ruszył w kierunku fontanny. Zatrzymał się przy niej, powoli odłożył skórzaną torbę i podwinął nogawki.
– Naprawdę muszę to zrobić?
– Naprawdę – z przekonaniem pokiwała głową.
Usiadł na brzegu, zdjął buty, poskładał do nich skarpetki i z cichym westchnieniem włożył stopy do wody. Była letnia, niezwykle przyjemna w tym upale, orzeźwiająca, kojąca…
– Maksymilian! Straż Miejska!
Poderwali się przerażeni, w pośpiechu złapali swoje rzeczy i pognali boso przez plac. Dwaj funkcjonariusze pobiegli za nimi. Maksymilian chwycił ją za rękę i pociągnął za sobą do jednej z bram. Przytuliła się do niego, czuł jak jej pulchne ciałko trzęsie się od tłumionego śmiechu.
– Czyż to nie było wspaniałe? – zapytała po chwili wpatrując się w niego błyszczącymi oczami.
– To było ryzykowne, nieodpowiedzialne, głupie – poczuł jak na jego twarz wstępuje uśmiech – i… wspaniałe.

Idąc Krupniczą już nie milczeli, Kaja opowiadała o swojej dzielnicy, o ludziach ze wszystkich stron świata mieszkających w sąsiedztwie. Mówiła o przepysznym i tanim jedzeniu w chińskiej dzielnicy, o szkole i tych muzeach, za którymi przepadała. Maksymilian prawie nic nie mówił, rozmawiać lubił tylko z ludźmi, co do których miał pewność, że całkowicie go zrozumieją i będą w pełni pojmować jego koncepcje i idee. Zdecydowanie nie był pewny, czy Kaja pochwyciłaby jego myśli. Gdy skręcali z Krupniczej w wąską bramę, był zdecydowanie pewny, że zaraz zobaczy ogromny uśmiech na jej twarzy.
– Zamknij oczy – powiedział po czym natychmiast się zreflektował – to znaczy nie zamykaj, absolutnie nie musisz ich zamykać.
Roześmiała się tym swoim głośnym i mało subtelnym śmiechem.
– Chciałabym je jednak zamknąć, jeśli pozwolisz.
Przymknęła pomalowane na brokatowo powieki, wyciągnęła dłoń i chwyciła go za rękę. Wzdrygnął się, po czym odzyskał odwagę i ścisnął ją delikatnie. Weszli do środka do kawiarni, do Ogrodu Mehoffera. Otoczyła ich chłodna zieleń, zapach roślin i kwiatów.
– Możesz otworzyć oczy – szepnął nie chcąc zepsuć momentu.
Poczuł jak zastyga. Zerknął na nią ukradkiem. Widział jak coraz szerzej otwiera oczy, jak z zachwytem rozgląda się dookoła. Jak próbuje wchłonąć jak najwięcej z tego cudownego miejsca.
– Wciąż jesteśmy w centrum miasta? Na pewno nie przenieśliśmy się w czasie i przestrzeni?
Pokiwał głową, tak to zdecydowanie wciąż był Kraków.

– Maks…? – popatrzyła na niego swoimi wielkimi oczami – dziękuję ci bardzo za …
– Nie, nie – przerwał jej dynamicznie – jest jeszcze jedno miejsce w Krakowie, które musisz dziś zobaczyć.
Znów ruszyli Krupniczą, tym razem w kierunku Teatru Bagatela. Kaja znów o czymś opowiadała, ale w ogóle jej nie słuchał. Nie miał pojęcia, co przyszło mu do głowy, gdy powiedział, że jeszcze gdzieś musi ją zabrać. Powinien już wracać do domu, powinien cieszyć się, że dziewczyna chce już kończyć wycieczkę. Nie potrafił jednak pożegnać się teraz, pierwszy raz od dawna naprawdę cieszył się z czasu spędzanego z kimś, nie licząc czasu spędzanego z Krzysztofem. Wsiedli w pełen roześmianych studentów tramwaj, w powietrzu dało się wyczuć nutkę alkoholu. Ktoś zaczął śpiewać, inne głosy dołączyły się do pierwszego. Maksymilian znał tę piosenkę, przez chwilę poczuł nieodpartą potrzebę, żeby dołączyć się do innych, ale na szczęście udało mu się ją powstrzymać. Spojrzał na Kaję. Siedziała oparta o szybę, z zachwytem wpatrzona w mijane budynki. Jej palce i usta poruszały się w rytm piosenki. Była ładna, mógł to powiedzieć z całym przekonaniem. Podobały mu się nawet jej brokatowe powieki i kolczyk w nosie. Była niezwykła.
– Maks? Na jakim przystanku mówiłeś, że mamy wysiąść?
Popatrzył na mapę. To musiało być gdzieś blisko. Słońce powoli zachodziło na horyzoncie spowijając miasto w pomarańczowej poświacie. I wtedy je zobaczył, kolorowe, piękne, jedyne w swoim rodzaju.
– To tutaj – pokazał ręką na schody.
Ruszyli pod górę. Powoli, bardzo powoli, czytali każdy najmniejszy napis. Gdzieś w połowie schodów poczuł, że dziewczyna łapie go za rękę, ale ani trochę mu to nie przeszkadzało. Zatrzymała się i wskazała na stopień. „Rozwój zaczyna się poza twoją strefą komfortu”. Poczuł dziwne szarpnięcie w brzuchu, mówiło mu, że on raczej tej granicy nie przekracza.
– Maks?
Spojrzał na nią i choć wiedział, że broni się przed tym, to patrzył na nią z nadzieją.
– Jakie masz plany na jutro? – spytała z uśmiechem.

Autor: Julia Stempek

Dodał epolish w dniu 06-06-2019 · Opublikowano w kategorii Opowiadania
Udostępnij ten post
RSS
Follow by Email
Facebook
Google+
https://e-polish.eu/blog/opowiadanie-na-maj">
Twitter
Powiązane wpisy
Kwiecień 1967r, Łódź Akademik Głowa opada jej na stos rozłożonych książek, podnosi ją pośpiesznie i
Do pokoju przez uchylone okno wpada lodowate, nocne powietrze. Otwieram oczy i  przez chwilę nie
W tym tygodniu przedstawiamy Wam kolejną bardzo krakowską tradycję związaną z jednym z głównych symboli

Jedna odpowiedź do “TE KILKA MIEJSC”

  1. Katka pisze:

    Dziękuję za piękne czytanie, bardzo ładnie napisane, z chęcią przeczytałam cały artikuł a już cieszę się na kolejny 🙂

Dodaj komentarz:

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *